Cuda Świata: Wielkie Koloseum Amarthyjskie

Kroniki Fallathanu
Kroniki Fallathanu
Cuda Świata: Wielkie Koloseum Amarthyjskie
12-10-2023 15:50

Wstęp

15 i 16 Webala (listopada) 1374 roku
Zjednoczone Amarth, Księstwo Nostrot, na północ od stolicy regionu — miasta Yrdis. Miejsce budowy Cudu Świata.

Na początku było marzenie… Silne pragnienie pozostawienia po sobie konkretnego dziedzictwa, co samo w sobie nie jest niczym złym. Tym bardziej, że to dziedzictwo miało być dobrem wspólnym, powszechnym i służącym obecnym oraz przyszłym pokoleniom. Książę Li Zhing, namiestnik Księstwa Nostrot w Amarth, w dniu, w którym naniósł na pergaminy pierwsze wstępne szkice swojego wymarzonego Cudu, czyli Wielkiego Koloseum Amarthyjskiego, nie był świadom lawiny wydarzeń, które zmienią Fallathan. Początkowo nic nie zwiastowało nadchodzących kłopotów. Dopiero zdrada ujawniająca książęce plany, która nastąpiła, nim w ogóle położono pierwszy kamień pod budowę Koloseum, okazała się fatalną w skutkach. I tak oto skradziona idea w każdym państwie przybrała inny kształt. Nie bacząc jednak na to, co się stało, książę Li Zhing nie zmienił planów, nie poddał się, a wręcz przeciwnie — za wszelką cenę zapragnął wygrać wyścig o Cud Świata. Nie szczędził zatem środków na ten cel.

Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. Wyznaczono teren pod budowę, zatrudniono najlepszych budowniczych, murarzy, kamieniarzy, cegielników, rzeźbiarzy, stolarzy, rytowników, malarzy, pozłotników i sztukatorów, którzy przybyli na miejsce, gdzie miała powstać największa budowla świata tego typu. Nie zabrakło tu także magów, których głównym zadaniem było wspomaganie rzemieślników przy budowie Cudu. Miało to na celu przyspieszenie prac. Jednak nikt nie przewidział tego, że plac budowy zacznie być nękany przez nieznane potwory. Jako pierwszy zginął jeden z robotników. Pracownicy w Amarth nie byli niewolnikami, mogli więc spędzać przerwy tak, jak chcieli i gdzie chcieli — a jak się okazało, za oddalenie się od strefy obozu robotnik zapłacił najwyższą cenę. Znaleziono go tak pokiereszowanego, że można by to było uznać za atak Niedźwiedzia Fallathańskiego, gdyby nie fakt, że dawno tu w tej okolicy żadnego nie widziano. Gdy doszło do kolejnych napaści, wprowadzono zakaz opuszczania strefy obozu i rozpoczęto wznoszenie palisady. Nikt nie przypuszczał, że zwykły plac budowy będzie trzeba przekształcić w ściśle chroniony obóz wojskowy, a miejsce przeznaczone na Cud stanie się polem bitwy. 
Późniejsze ataki stworów były zmasowane i nastąpiły z kilku stron obozu. Zginęło wielu robotników i strażników. Zarówno zarządca budowy, Takumi Nataka, jak i dowódca straży, Xing Zhelan, byli zdania, że te ataki to nie przypadek. Mieli wrażenie, że plac budowy stał się swoistym celem. Pytanie, na które brakowało odpowiedzi, brzmiało: kto za nimi stoi? Było to zbyt dziwnym zbiegiem okoliczności, że potwory za cel obrały sobie akurat to miejsce. Pojawiały się tu z zadziwiającą regularnością. Uczeni, nim spalono truchła pokonanych potworów, skrupulatnie porobili ich szkice, zbadano anatomię monstrów oraz dokładnie ją opisano. Problemem stało się to, że z każdym atakiem pojawiały się nowe rodzaje kreatur, więc trudno było rzec, z czym przyjdzie walczyć następnym razem. Nie znano źródła pochodzenia tych stworów, które pojawiały się dosłownie nagle, znikąd. Nie byli w stanie pomóc ani łowcy nagród, ani tropiciele, ani argielici, gdyż nie posiadali wiedzy na ich temat. Magowie też okazywali się bezradni i póki co mogli tylko obserwować zachodzące zjawisko pojawiania się nieznanych gatunków potworów i próbować z nimi walczyć. Niestety, nie udało się niczego więcej ustalić.

Książę Li Zhing, mimo swej pozycji, posiadanych wpływów i bogactwa, nie mógł oddelegować wszystkich podległych mu sił na miejsce placu budowy. Choć książę nie skąpił środków, ataki hord były niczym plaga i dotyczyły także innych miejsc w kraju. Cud Cudem, ale książę miał obowiązek chronić ludność w całej prowincji Nostrot. Nie brakowało wśród miejscowych chętnych do obrony Cudu, ale ich liczba była niewystarczająca. Ataki hord potworów nasilały się, a to wymagało jeszcze większego zaangażowania w kwestii bezpieczeństwa. Nie dziwiło zatem, że do stolic amarthyjskich prowincji i do Małej Vanthii rozesłano posłańców z wieścią, że poszukiwani są śmiałkowie do wsparcia obrony budowanego Koloseum Amarthyjskiego. Mile widziany był każdy wojak, mag oraz rzemieślnik, który mógłby wspomóc przy budowie palisady i w walce z potworami. Na szczęście odzew na to ogłoszenie okazał się całkiem spory i na miejsce budowy wkrótce przybyli odważni ochotnicy, skorzy sprawdzić się w boju.

Przed obliczem zarządcy budowy stanęli przedstawiciele różnych organizacji i rodów, a mianowicie: Adria Verrno z Dies Irae, Esnu z Zewu, Lameth Zillah oraz Cerris z Gildii Magów, Jazon, Roy oraz Melusynae z Górskiej Ferajny. Największą grupą była reprezentacja organizacji Equilibrium, w której skład wchodzili: Zastian Nixsagas, Astrid Tristerver, Tarlen Meglivorn, Maire Zillah, Arraragi Che`Malle, Kiriae Ilras, Lyall Ceorah oraz Pharvephin. Piętnastu śmiałków, którym zależało na tyle, by stawić się osobiście na miejscu i narazić własne życie dla sławy, dobrego imienia, rozgłosu organizacji lub działać z innych, własnych pobudek. Po rozstawieniu namiotów u zarządcy odbyła się odprawa. W dniu przybycia Bohaterów w obozie znajdowało się czterdziestu strażników, a plac budowy był w końcowej fazie wznoszenia palisady. Niestety w kilku miejscach pozostało jeszcze sporo pracy do wykonania. Obóz podzielony został na trzy części: wschodnią, centralną i zachodnią. Można śmiało rzec, że jedynym miejscem, które praktycznie bez szwanku przetrwało najazd potworów, była część zachodnia. Natomiast centralna i wschodnia stały się sceną spektaklu prawdziwego horroru, na której sztuka przetrwania była kluczowa.
Astrid Tristerve dzięki cierpliwej i uważnej obserwacji terenu z wysokości drzewa, na które się wspięła, odkryła, że obóz jest obserwowany przez bliżej nieokreśloną istotę. Dostrzegła jedynie tyle, że jej  sylwetka nie mogła należeć do Człowieka, Elfa czy Haressdrena. Nie zdążyła dostrzec szczegółów, bo nieznana istota zniknęła pośród gęstwiny drzew i krzewów. Elfka Pharvephin, która udała się na rekonesans okolicy, potwierdziła wersję Astrid. Jednak trudno było stwierdzić, czy ktoś użył magii iluzji, sztuki kamuflażu… czy może był to demon? Tego nikt nie wiedział.
Adria Verrno, przyznając się do swej wilkołaczej natury, ujawniła więcej informacji o tej rasie zarówno zarządcy, jak i dowódcy obozu. Zasugerowała wprost, że Wilkołaki mogą być przydatne w walce z nieznanymi potworami.
W trakcie spotkania z zarządcą Bohaterowie zdobyli informacje o wcześniejszych atakach, zyskali wgląd w sporządzone dotychczasowe szkice i notatki uczonych na temat potworów. Ustalono także stawkę wynagrodzenia dla najemników, najważniejsze jednak były wytyczne zarządcy i dowódcy dotyczące podziału zadań. Część osób oddelegowano do prac przy palisadzie, gdzie naprawiano wyrwy i uszkodzenia po uprzednich atakach, przydzielono warty, rozpalono liczne ogniska, a wspólnymi siłami wybudowano z różnych materiałów i przedmiotów prowizoryczną, dodatkową palisadę wokół baraków robotników i lazaretu polowego. We wszystkich strefach obozu znajdowały się patrole. Lider Equilibrium, Zastian Nixsagas, wydał wytyczne swoim ludziom i rozdzielił ich na poszczególne grupy patrolowe.

Atak potworów

Walka z Mózgorojem

Wydawać by się mogło, że byli przygotowani na to, co nadciąga, ale atak potworów i tak ich zaskoczył — nie mogli przewidzieć tego, że nastąpi z powietrza. Tuż nad ich głowami pojawiła się niezrozumiała wietrzna anomalia. Jazon, Roy, Lameth oraz Cerris byli świadkami, jak z utworzonego powietrznego rozwarcia nieoczekiwanie wynurzyła się pokaźnych rozmiarów pojedyncza, zakończona ostrymi szponami kończyna. Tylko absolutnie doskonała percepcja Ruana Roya uchroniła go przed zaszlachtowaniem i rychłą śmiercią. Mieli do czynienia z Mózgorojem — kreaturą o wielkim mięsisto-gąbczastym łbie, z kolczastym, pełniącym funkcję ochronną kołnierzem, o ohydnej paszczy z ostrymi kłami. Charakterystyczna kończyna, której zakończenie otwierało się wysuwanymi ostrzami, umiejscowiona była pod kołnierzem stwora. Dodatkowo potwór posiadał macki ułatwiające mu przemieszczanie się, przechwytywanie ofiar i ich pożeranie. 
Dzięki Maji Ognia szybko odkryto, że potwór jest wrażliwy na działanie właśnie tego żywiołu. Jazon nie tylko użył swej rasowej zdolności Iluminacji, by roztoczyć światło w promieniu 6 metrów, ale też nasycił swój miecz mocą żywiołu ognia. Jego cios w okazały łeb był bardzo dotkliwy dla poczwary, która nie wiedzieć czemu utknęła w powietrznej bramie z innego wymiaru. Nie znaczyło to, że stwór nie stwarzał zagrożenia, wręcz przeciwnie. Jego rozjuszony ryk słychać było aż za dobrze. Potężnym rykiem na zachowanie potwora odpowiedział Ruan Roy. Pełniło to podwójną rolę — oznajmił tym samym o zagrożeniu w obozie, ponadto skutecznie zastraszył potwora. Royowi nie udało się jednak odciąć kończyny, zapewne dlatego, że kreatura była w tym aspekcie szybsza. Fiaskiem zakończyła się też próba rzucenia czaru „Unieruchomienie” w wykonaniu maga Lametha. Natomiast całkiem nieźle poradziła sobie na placu boju Driada Cerris, która mimo nieprzyjemnych dla uszu dźwięków dała radę rzucić czar Naturalnego Pocisku, który uderzył w wystający łeb stwora. Rozległ się kolejny ryk bólu i wściekłości. Potwór słabł, ale wciąż stanowił poważne zagrożenie. 
Jazon powstrzymał na chwilę swe wojownicze zapędy, aby móc zbadać zjawisko, którego on i pozostali współtowarzysze walki stali się świadkami. Dzięki zdolności rasowej „Drenowanie Anomalii” Jazon odkrył, że to bez cienia wątpliwości anomalia, a nie potężny czar jakiegoś maga. Ciekawym było też to, dlaczego pojawiła się akurat przy Cudzie? Stanowiło to celowe, świadome zamierzenie czy totalny przypadek? Nie wiedzieć czemu potwór wciąż był zawieszony między dwoma światami, tak jakby nie mógł zamknąć wyrwy i zniknąć tam, skąd przybył. Czyżby ta anomalia była anomalią anomalii? Wybrykiem, zjawiskiem, które w jakiś niewytłumaczalny sposób się "zacięło", samo unieruchomiło? Możliwe. 
Zarówno Jazon, jak i Roy ponownie próbowali mieczami dosięgnąć potwora, zadając cięcia, które zdecydowanie osłabiały potwora. Spektakularnie wyglądał pokaz siły Ruana, kiedy to wykorzystał on do zadania ciosu jedną z belek spiłowaną w ostry szpic, wbijając ją w łeb Mózgoroja. Kolejna próba poczęstowania potwora magicznym pociskiem przez Driadę była nieudana, natomiast mag Lameth powołał do życia dwa żywiołaki ognia. Niestety żywiołaki okazały się dość ślamazarne, a ich użyteczność niezbyt wielka. Mag zrehabilitował się natomiast udanym czarem Podatności na żywioł, co tylko spotęgowało obrażenia zadawane od ognia, jakie otrzymywał Mózgorój. Chwilę później bardzo silny cios swoim dwuręcznym mieczem zadał Roy. Kolejna seria ciosów była tą, która przypieczętowała los Mózgoroja. Jazon, choć lekko ranny i ze skręconą niefortunnie kostką, zdołał wykrzesać z siebie siły, by zadać mocny cios. Jednak tym, który wykonał ostatni ruch mieczem i dosłownie przepołowił łeb potwora był Roy z Górskiej Ferajny.

Walka z Bluszczowcem Purpurowym

W tym samym czasie przy północnej wyrwie palisady, gdzie czuwało dwóch strażników, najpierw pojawił się lekki rozbłysk. Powietrze jakby zgęstniało, zafalowało, by finalnie rozerwać się niczym rozpruta tkanina. Z tego zawieszonego nad ziemią przejścia wychyliły się macki, a później łeb potwora. Wylazł on w całej swej okazałości, a brama z innego wymiaru zaczęła słabnąć. Powoli się zamykała, by całkowicie zaniknąć. Potwór, którego później uczeni nazwali Bluszczowcem Purpurowym, był wielkich gabarytów, posiadał sześć chwytnych i bardzo ruchliwych zielonych macek. Jego centralna część przypominała niezwykle piękny purpurowy kwiat. Jak to w życiu bywa, piękno zewnętrzne nie zawsze idzie w parze z pięknem wnętrza... W tym przypadku nie chodziło o przenośnię, ale dosadność stwierdzenia. Strażnicy widzieli na własne oczy, jak „płatki kwiatowe” otworzyły się na wszystkie strony, by ukazać przerażającą paszczę z ostrymi kolcami zębowymi. Otwór gębowy wyglądał tak, jakby wszystko mógł rozdrobnić i połknąć. Jego macki były pełne ostrych kolców. Dało się wysnuć założenie, że mogą wpuszczać w ciało ofiary jad. Potwór miał dwa metry wysokości i poruszał się na czymś, co wyglądało jak grube sploty korzeni i liści, kłębowisko gąszczu. Mogło to oznaczać, że sam potwór nie był zbyt ciężki. Przypominał raczej bardzo wyrośniętą mięsożerną roślinę, która miast pięknych liści miała macki najeżone ostrymi kolcami, niczym u łodygi róży. Barwny, by przyciągać uwagę. Zapewne w swoim wymiarze bazował na tym, by wabić ofiary i je łapać. Podobnie jak to miało miejsce w czasie bitwy o amarthyjski Cud. Kreatura błyskawicznie złapała za nogi obu wartowników. Niestety jeden z nich miał pecha i został ukłuty trującym kolcem. 
W tej sytuacji jako pierwszy zareagował Zastian, który jako mag postanowił rzucić czar Unieruchomienie, jednakże potwór wydawał się być całkowicie obojętny na ten czar. Drugą osobą, która natychmiast zareagowała, była magini Maire, która już na starcie dała pokaz swoich zdolności w aspekcie magii bojowej. Jej ognisty czar „Oparzenie/Podpalenie” sprawił, że macka odruchowo zareagowała, wypuszczając jednego ze strażników, tym samym skuteczna interwencja magini ocaliła mu życie. Roślinopodobny stwór był bardzo wrażliwy na ogień. Uratowany strażnik — Hu Xan — wykazał się odwagą i lojalnością wobec swego druha z pełnionej warty. Dołączył do walki, by dopomóc strażnikowi Shen Da, który był w krytycznym stanie po tym, jak w jego krwiobiegu znalazła się trucizna po ukłuciu kolcami Bluszczowca.
Do walki dołączył mag Arraragi, któremu nie udało się rzucić czaru „Ogłuszenie”. Nieudany był także kolejny czar w wydaniu Zastiana, który chciał wywołać u potwora efekt Bólu fantomowego. Jak się okazało, Bluszczowiec był bardzo silny, wytrzymały i mocno odporny na efekty magii, za wyjątkiem magii ognia, co znowu dotkliwie odczuł, kiedy Maire rzuciła na niego czar „Podatność na żywioł”, potęgując ból potwora od ogniowych obrażeń. Chwile grozy przeżyli Zastian i Arraragi, kiedy to mięsożerny potwór pochwycił ich mackami i obalił na ziemię, starając się przyciągnąć ich do siebie w celu pożarcia. W tym właśnie momencie odkryli nieznaną im do tej pory gatunkową zdolność potwora, a mianowicie Błyskawiczny rozrost pnączowych macek. Strażnik Hu Xan jako pierwszy rzucił się na ratunek Zastianowi, ale nie tak łatwo było odrąbać bardzo ruchliwą mackę. W czasie tej dramatycznej akcji wyzionął ducha wartownik Shen Da. Nawet gdyby zdołało się go uwolnić z macek Bluszczowca, to i tak żaden medyk nie zdążyłby go uratować.
Duchowy pocisk w wykonaniu Zastiana, skierowany w paszczę stwora, zdołał go zranić, ale nie zapewnił mu wolności. Dopiero dzięki Ognistemu pociskowi Maire udało się ocalić Zastiana. Ponownie ogień okazał się być sprzymierzeńcem walczących z potworem. Natomiast Duchowy pocisk, jaki wykonał demonolog Arraragi, był tak silny, że nie tylko stwór natychmiast puścił jego nogę i go uwolnił, ale sama macka została rozerwana. Doszło do swoistej amputacji. Jedna z części opadła na ziemię, tuż przy magu, reszta skuliła się i przybliżyła z powrotem do cielska potwora. Trysnęła zielonkawa posoka. Ranny i wściekły potwór nie chciał utracić ostatniej ze swych ofiar. Musiał zaspokoić głód. Owinął macką martwego strażnika, udźwignął go i wsunął w paszczę, która pochłonęła ciało wartownika, rozrywając go kęs po kęsie. Krew rozbryzgiwała na wszystkie strony... Taki los miał spotkać Zastiana i Arraragiego... Śmierć przybiera różne oblicza, ale ta byłaby jedną z okrutniejszych. 
Maire była niczym Królowa Ognia. Ten przydomek idealnie pasował do magini, która nie miała litości względem potwora i z zabójczą precyzją ponownie cisnęła Ognisty pocisk bezpośrednio w paszczę kreatury. Następny udany czar należał do Zastiana, ale finalnie to Maire posłała po raz wtóry Ognisty pocisk, tym razem w splot korzeni podtrzymujących Bluszczowca. Ogień trawił już wszystkie macki i paszczę. Rozchodził się na wszystkie strony, by utworzyć żywą pochodnię. Wybuch płomieni, jęzorów ognia trawiących korzenie, cielsko, macki i paszczę nie odpuszczał, spalał, ranił... ból był nie do wytrzymania, a sam stwór zginął w prawdziwych męczarniach. Żywioł ognia zwyciężył... Smród spalanej kreatury roztaczał się po okolicy, niesiony z wiatrem... Macki już nie poruszały się, nie było słychać żadnych dźwięków za wyjątkiem trzaskającego ognia... Bluszczowiec nie żył.

Walka z Croix — Panią Sztyletów

Przy wschodniej palisadzie było pięciu strażników, w tym dwóch pełniło wartę przy jednej z wyrw, której robotnicy nie zdążyli jeszcze naprawić. To właśnie tutaj jeden z wartowników stracił życie na miejscu, kiedy z ciemności nocy wyłonił się nieznany im potwór i błyskawicznie dopadł mężczyzny, wgryzając się w jego szyję i z łatwością rozrywając aortę. Okrzyk drugiego ze strażników zaalarmował, że i w tej części obozu znikąd pojawiła się nieznana kreatura. „Brama” za potworem, którego nazwano Croix — Panią Sztyletów, zamknęła się. Jej humanoidalna sylwetka była bardzo wysoka, a dwie górne kończyny wieńczyło mnóstwo szponów, ostrych i długich, do złudzenia przypominających sztylety. Paszcza również była uzbrojona w garnitur ostrych kłów. Prawdziwa Pani Sztyletów. Jako pierwsza zareagowała łuczniczka Astrid, która mogła poszczycić się  naprawdę wyjątkowo dobrym wzrokiem. Licznie rozlokowane ogniska i pochodnie były dobrym i pomocnym źródłem światła. Stojąc na kamiennym bloku, którego jeszcze nie przetransportowano na miejsce budowy, miała dogodną pozycję strzelecką. Wojowniczka z niesłychaną precyzją trafiła w oczodół monstrum, już na wstępie pozbawiając go oka. Do walki przyłączyła się magini Esnu, która próbowała Unieruchomić stwora, ale Pani Sztyletów nie poddała się sile czaru Maji Wody. 
Wszystko potoczyło się po prostu błyskawicznie, w mgnieniu oka! To był moment! Prawdziwy dziki szał, zew krwi. Croix dostała ataku furii, inaczej nie można było tego nazwać. Gdy oberwała strzałą, a jej posoka ponownie zabarwiła ziemię placu budowy, rzuciła się na kolejnego ze strażników o imieniu Bai Meng tak, jakby chciała rozładować całą frustrację, ból, wściekłość. Bai próbował nabić potwora na grot włóczni, ale na nic to się zdało. Pani Sztyletów w zwarciu stanowiła ogromne zagrożenie. Ranna była niczym rozjuszony byk, lecz zdecydowanie groźniejsza. Dało się od razu stwierdzić, że nie grzeszyła inteligencją i rozwagą, zachowując się niczym berserk opętany szałem. Włócznia nie dosięgnęła Croix, bo ta pełnym zwinności ruchem ominęła moment potencjalnego nadziania się i przecięła swymi szponami centralnie na odlew przez szyję i twarz mężczyzny, który nie zdołał wystarczająco szybko uniknąć tego ciosu. Wschodnia część obozu przypominała krwawą arenę, na której dokonywano rzezi. Astrid posłała kolejną celną strzałę, tym razem w korpus Croix. Wszyscy szybko mieli się przekonać, że potwór musi mieć zdolność Wyjątkowej wytrzymałości
Strażnicy — walczący włócznią Ding Tai i kusznik Gao Song nie zdołali trafić miotającej się w dzikiej furii Pani Sztyletów. Następna strzała miała przebić miejsce, gdzie w teorii powinny znajdować się płuca. Strzał tym razem nie był zbyt silny. Owszem, grot wbił się w cielsko kreatury, ale nie na tyle głęboko, by doszło do bardzo poważnych obrażeń wewnętrznych. W przypływie furii zalana krwią i jeszcze bardziej upiornie wyglądająca Pani Sztyletów posiekała leżące martwe ciało strażnika w tak okrutny sposób, że ten widok na zawsze pozostanie w pamięci świadków i nigdy się od niego nie uwolnią. Magini Esnu zabroniła podchodzić pozostałym przy życiu strażnikom, wiedząc już doskonale, że nie pokonają Croix w bezpośrednim starciu. Musieli ją zabić, walcząc z dystansu, tak jak czyniła to łuczniczka Astrid. 
Maji Wody nie zwlekała dłużej i powołała do życia dwa pełne gracji i wdzięku, ale przede wszystkim siły żywiołaki wody, które miały odwrócić uwagę potwora. Jeden z żywiołaków na polecenie magini posłał w stronę łba Pani Sztyletów silny, gwałtowny strumień wodnej strzały. Siła nacisku wody była tak ogromna, że Croix nie miała żadnych szans. Jej szał został skutecznie ostudzony i to dosłownie — niczym kubłem zimnej wody. Gałka oczna kreatury pękła, a pozbawiona wzroku była już łatwym celem do ubicia. A tak przynajmniej się im wydawało. Zastanawiano się, ile jeszcze strzał trzeba posłać, by oślepiona i ranna maszkara w końcu wyzionęła ducha. Astrid nie udał się kolejny strzał, co zdarza się nawet najlepszym. Esnu natomiast powiódł się znakomicie czar Błyskawicy, którego efektem było zadanie Croix jak największych obrażeń. Jak się okazało, stwór cechował się wprost niewyobrażalnie silną wolą życia. Panią Sztyletów czekała długa, powolna i bardzo bolesna agonia, która przeciągała się wprost niemiłosiernie. Łuczniczka postanowiła nie marnować cennego czasu i udała się do południowej części obozu. Na prośbę Esnu dołączyli do niej trzej strażnicy i jeden żywiołak wody. Przy magini pozostał Ding Tai, chcąc ją chronić i być świadkiem dalszych wydarzeń. Magini Esnu wykorzystała ten czas na wykrycie magii, co zakończyło się sukcesem. 
Pani Sztyletów umierała. Było to oczywiste, widoczne jak na dłoni. Maji jednak patrzyła w potwora bardzo uważnie, przenikliwie, tak, jakby miała ominąć wzrokiem poranioną powłokę i zajrzeć w głąb, w jestestwo potwora. Wibracja magiczna magini była silna u Maji, a teraz jakby splatała się w wibracją magiczną samej Croix. Patrzyła tak, jakby te spojrzenia na potwora miały przynieść wszystkie odpowiedzi na pytania... Trudno to ująć słowami, ale pewna magiczna wrażliwość pozwoliła wyczuć Maji stan, w jakim znajdowała się Pani Sztyletów. Czuła doskonale jej magiczną moc, która jednak stopniowo nikła, tak jak tlący się płomień na końcu knota dogorywa i kiedyś wygaśnie. Czuła jej ból, cierpienie, agonię. Tę bezsilność i słabnącą z każdym oddechem moc. Choć Croix nie mogła spojrzeć na Esnu, to przekierowała głowę z pustymi zakrwawionymi oczodołami w stronę, gdzie stała magini. Pani Sztyletów też wyczuwała Maji, ale bardzo słabo, resztkami sił. Nastanie Mrok... Trudno było stwierdzić, czy wyszeptała to na głos, czy Esnu nawiązała z potworem jakąś więź, ale kolejne słowa wyraźnie już posłyszała, jak i strażnik, który obserwował, co też się teraz wyczynia. — Nadchodzi… — Słowa wypowiadała cicho, z trudnością, nie tylko przez rany, ale tak, jakby stwór przypominał sobie, jak się mówi we wspólnym. — Ukorzycie się wszyscy… Dłuższa chwila ciszy… — Matka... — Pani Sztyletów nie wydusiła z siebie nic więcej. Słabła, gasła w oczach. 
— Moim Ojcem jest Śmierć — odparła Esnu, której głos zadrżał pod wpływem emocji. Nie miała pojęcia, dlaczego wspomniała o swoim stworzycielu. — Nie mówił o Matce. Kim jest Matka? Jak ją znaleźć? Ja... chcę się ukorzyć…
To już się dzieje…
Te słowa mogły niepokoić. Co się działo? Czy chodziło o anomalie, czy o coś jeszcze? Czy uruchomiła się jakaś lawina, o której nie mieli pojęcia? Coś się uaktywniło? Ktoś…? Rozpoczął się jakiś etap, proces? Możliwe. 
My, oni... jej wierni słudzy... Nie męcz mnie więcej. Zabij mnie!
— Który rodzic zostawia swe dziecię na pastwę losu, wiedząc, jak cierpi? Tak samotne i poniżone… — Magini spojrzała dokładnie na rany Croix. Nie było mowy o tym, by w jakiś cudowny sposób przeżyła. W zasadzie zdumiewało to, że Croix jeszcze w jakiś sposób była w stanie mówić. Choć może to tylko złudzenie i kto inny przemawiał przez nią? A może to wola życia trzymała ją w tej rzeczywistości... chęć przekazania tych paru słów... ukojenia bólu, gdy wspomina się matkę w ostatnich minutach istnienia?
— Śpij zatem. I wystrzegaj się ślepej miłości, jeśli wiesz, czym ona jest. 
Esnu chciała pozbawić życia Croix w taki sposób, by nie uszkodzić jej bardziej, chcąc zostawić jak najwięcej "materiału" do badań. Nie było cienia wątpliwości, że potwory pójdą pod nóż, w ręce badaczy i uczonych, by dało się dokładnie poznać ich anatomię. Inkantacja Esnu powiodła się znakomicie, ale forma lodowego stożkowego pocisku, choć trafiona idealnie w tors Croix... nie wyrządziła jej obrażeń na tyle odczuwalnych, by przyspieszyć śmierć. Jedyne, co się stało, to spotęgowanie jej bólu i agonii w męczarniach. Ta iskra życia w Croix — Pani Sztyletów była wprost niewiarygodna. Ding Tai silnym pchnięciem wbił ostrze grotu w brzuch potwora. Trysnęła krew. W przypadku człowieka zgon nastąpiłby wkrótce po przebiciu wrażliwych organów... a ona charczała, kurczowo trzymała się tej swojej marnej egzystencji nie wiadomo, czemu... Jej siły witalne były po prostu niespotykane, wola życia niebywala... Nie zmieniło to jednak jej położenia. Umierała z każdą minutą… Esnu postanowiła ostatecznie uporać się z Panią Sztyletów dzięki Drenowaniu anomalii. W sposób humanitarny pozbawiła Croix resztę sił witalnych, by ta w końcu mogła zasnąć snem wiecznym.

Walka z Pająkiem Olbrzymim

Elfka Pharvephin oraz magini Kiriae zostały oddelegowane do zabezpieczenia stajni. Miały mieć na względzie dobro wierzchowców, by w razie konieczności dało się  posłać kogokolwiek po pomoc do stolicy regionu. Jako pierwsza na dachu stajni stawiła się Pharvephin, która wypatrywała zagrożenia. Sokoli wzrok pozwolił jej dostrzec nadejście niewiarygodnych rozmiarów pająka, którego uczeni nazwali Pająkiem Olbrzymim. Zanim dostrzegła go łuczniczka, potwór zdołał zabić dwóch strażników, którzy czuwali przy bramie wjazdowej do obozu. Zostali totalnie zaskoczeni, bo zawirowanie powietrza i wyjście z innego wymiaru nastąpiło za ich plecami, i to bardzo szybko. I cicho. Strażnicy nie mieli najmniejszych szans, kiedy w ich karki wbiły się ostro zakończone odnóża. Można było przypuszczać, że ten potwór będzie jadowity, więc czyniło go to podwójnie niebezpiecznym. Było też oczywistym, że nie jest to zwykły pająk. Mimo gabarytów okazał się bardzo szybki. Nie dość, że miał dobry wzrok, to jeszcze potrafił wyczuwać drgania. Do złudzenia przypominał Pajęczą Wiedźmę z tym, że ten przedstawiciel potwora był przeogromny, a jego odwłok pokrywał pancerz, najpewniej chitynowy. Jego kończyny unosiły go na wysokości 1,5 metra od ziemi, jednak rozpiętość silnych odnóży i grubość odwłoka były znacznie większe.
Magini Kiriae, widząc, że monstrum nadciąga w ich stronę, chciała użyć czaru z efektem „Oślepienie”, ale nie udała się jej inkantacja. Pająk napierał na Kiriae, lecz stojąca na dachu Elfka nie próżnowała, posyłając w kierunku potwora pierwszą strzałę. Trafiła w łeb pajęczej poczwary, ale niezbyt silnie. Strzał był zbyt słaby, by grot utknął głęboko w czerepie stwora. W pierwszym odruchu Pająk Olbrzymi skulił się. Nie mógł wyczuć ataku dystansowego — to tak, jakby próbować zabić zwykłego pająka butem. Nie określi zagrożenia, dopóki przedmiot nie znajdzie się blisko, i nie wyczuje podmuchu powietrza, samego ruchu czy drgań. Pająk Olbrzymi najwyraźniej miał wiele z rodziny pajęczaków i można było się spodziewać, że będzie szybki i zwinny. Plan magini na czar „Ukrycie Obecności” również się nie powiódł. I nikogo nie powinno to dziwić, bo działała w ogromnym stresie i pośpiechu. Sam pająk był straszny, odrażający i niebezpiecznie szybko pokonywał dystans dzielący go od magini, która w końcu wzięła nogi za pas i dopadła drabiny, by przedostać się na dach stajni. Zdążyła w samą porę — można śmiało rzec, że Kiriae była o dosłownie włos od pierwszego kontaktu z pajęczakiem. Nad jej ramieniem śmignęło ostro zakończone odnóże, które chciało się w nią wbić i przyszpilić do ściany budynku, lecz kobieta okazała się szybsza! Ta sytuacja pokazała, jak bardzo istotni dla magów powinni być wojacy. Są ich tarczą, gwarantem przetrwania, gdyż o magii nie można rzec, że jest zawsze niezawodna. 
Ten moment nieuwagi potwora doskonale wykorzystał strażnik Zhao Fen, który wyłonił się zza budynku niczym jakiś przyczajony drapieżnik. Atak z zaskoczenia włócznią był w jego przypadku precyzyjny i skuteczny, choć przydałoby się, aby zadany cios okazał się silniejszy. Nie ma jednak co nad tym ubolewać, bo przez przypadek strażnik odkrył, że środkowa część cielska potwora nie była tak dobrze chroniona naturalnym pancerzem, jak odwłok pokryty dziwną powłoką. Mężczyzna trafił w bok Pająka, który w ogóle się tego nie spodziewał. 
Pająk Olbrzymi nie należał do  gatunku, który ucieka i się chowa. To on był tu drapieżcą, to on przedostał się do Fallathanu, by zdobyć ofiary. Gdy strażnik wyrwał z cielska potwora włócznię, wyciekła posoka potwierdzająca tezę, że nie jest to jakiś niematerialny wytwór ich wyobraźni, tylko namacalny, cholerny pajęczak! Ataki na monstrum nie ustępowały, wręcz przeciwnie, nasiliły się. Kolejny oddany przez Pharvephin strzał był po prostu doskonały! Posłana strzała trafiła w newralgiczną część głowotułowia pajęczaka, zadając mu poważną ranę. Pająk Olbrzymi instynktownie się przykurczył w reakcji na zadany ból. W normalnych okolicznościach taki strzał uśmierciłby statystyczną bestię na miejscu, jednakże Pająk Olbrzymi... jeszcze dychał, ale ledwo, ledwo. Był blisko śmierci, należało go tylko dobić. Strzał łuczniczki bardzo ułatwił wszystkim zadanie. Gdyby to był długi łuk, większa siła naciągu i większy dystans, to zapewne przyszpiliłoby pajęczaka do samej ziemi, a tak walczący musieli zadowolić się tym, że przeciwnik został skutecznie pozbawiony możliwości atakowania. Ból, krwawienie, poważna rana — i zipał tylko dzięki niespotykanej na tym świecie wytrzymałości... 
Wisienkę nad „pajęczym tortem” zapodała magini Kiriae, która, choć utrudzona ucieczką i wcześniejszą chwilą grozy, teraz skutecznie splotła zaklęcie powołania do życia golema, który miał walczyć po jej stronie. To całkiem imponujący czar i bardzo przydatny, bo teraz nie było nawet mowy o tym, aby Pająk Olbrzymi stanowił duże zagrożenie. Golem nie grzeszył ani szybkością, ani zręcznością, jednak spełniał swoje zadanie znakomicie. Ponowna próba Unieruchomienia potwora spełzła na niczym, natomiast kolejna posłana przez elfkę strzała trafiła kreaturę, choć tym razem siła nie była powalająca. Pharvephin otrzymała zaś pewną wskazówkę, że to miejsce, które wybrała na cel, to nie najsłabszy punkt potwora... ale niewątpliwie gdzieś taki istniał. Ten odwłok nie bez przyczyny na pierwszy rzut oka wydawał się dobrze chroniony… Do walki wkrótce przyłączyli się dwaj kusznicy: Dai Jia oraz Ren Ah, niestety nie dane im było przyczynić się do ubicia potwora. W jednym przypadku pękła cięciwa kuszy, a w drugim bełt nie utkwił w poczwarze wystarczająco mocno, nie raniąc, lecz bardziej rozdrażniając stwora. Strażnik Meng Yuhan wpadł na pomysł użycia pochodni, by podpalić pajęczaka. Dai Jia zaś zasugerował, by podciąć odnóża i wtedy dobić monstrum. Do tego całego towarzystwa dołączyła także łuczniczka Astrid, która poświęciła rękawy swojej koszuli, by podpalić materiał i posłać go wraz z strzałą w odwłok maszkary. Dobicie potwora nie było takie łatwe. W cielsko pajęczaka posyłano strzały, bełty, czary, ale bezskutecznie. 
Nie było innego wyjścia. Zarówno Meng Yuhan, jak i Zhao Fen sięgnęli po pochodnie, by jednocześnie zajść potwora z dwóch stron. Zhao Fen od przodu, gdzie znajdowała się głowa stwora, a Meng Yuhan z boku. Zhao wykorzystał dogodny moment nieuwagi pająka, gdy ten zajmował się walką z Golemem. Śmiało przyłożył ogień do kończyny na wystarczająco długo, by płomień mógł przejść z pochodni na stwora. Ta sztuka nie udała się drugiemu ze strażników, gdy nagłe przesunięcie się pajęczaka wytrąciło mu tę pochodnię z ręki. Igrali nie tyle z ogniem, co ze Śmiercią. Ponowne strzały w wykonaniu Astrid i Pharvephin nie niosły za sobą poważnego zagrożenia dla potwora. Zmęczenie brało już górę. Wspólnymi siłami osłabili Pająka Olbrzymiego, ale finalny, śmiertelny cios zadał Menga Yuhan, który swoją włócznią przebił pająka, nadziewając go niczym kurczaka na rożen. Nie bał się chłopina do niego podejść, w sumie długość trzymanej pewnie w rękach broni dodawała mu odwagi. Grot włóczni przebił odwłok. Cios był zadany w sposób silny i zdecydowany. Przedłużająca się tak naprawdę agonia potwora dobiegła końca. Padł martwy, a jego upadek wzbił tumany kurzu i potrącił kilka drewnianych kłód. Jego kończyny podwinęły się w pośmiertnym skurczu i kreatura przestała się ruszać.

Walka z Dmuchawcem 

Oddelegowani do zachodniej części obozu Lyall, Tarlen oraz Adria wzięli czynny udział w pracach, które miały na celu zwiększyć bezpieczeństwo tej części obszaru. Pracowali przy palisadzie, ale głównie tej wewnętrznej, prowizorycznej, która miała utrudnić potworom przedostanie się do miejsc, w których schronili się pracownicy budowy. Tu, na dachach baraków, w dobrych punktach strzeleckich oraz najbliższej okolicy, znajdowało się dwudziestu dwóch strażników. Rozpalono ogniska. I czuwano, wypatrując zagrożeń, będąc w pełnej gotowości do walki. Przez dłuższy czas nic się nie działo. Dopiero tajemnicza mgła, którą jako pierwszy dostrzegł Tarlen, wzbudziła pewien niepokój. Natomiast Elfka Lyall po raz pierwszy w życiu żałowała, że ma tak dobry słuch. Usłyszała bowiem dźwięk brzmiący tak, jakby ktoś wypuszczał z siebie… gazy. Charakterystyczny odgłos i syk, jak gdyby komuś mocno ulżyło. Problem stanowiło to, że nie mógł być to dźwięk wypuszczony przez człeka czy choćby samego Haressdrena... Nie, to nie mogło wydobywać się z zadka żadnej ze znanych w Fallathanie inteligentnych ras. Elfka miała przeczucie, że ta mgła, zbliżająca się coraz bardziej i przybierająca formę mlecznobiałych oparów, nie była naturalna. 
Na zewnątrz i przed całym światem mogli udawać twardzieli, ale strach o własne życie jest mocno zakorzeniony w każdej istocie. Lyall wkrótce dostrzegła swym elfim wzrokiem źródło usłyszanych przez nią odgłosów. Zauważyła zbliżające się zagrożenie jako pierwsza, a widok ten mógł przerażać. Dmuchawiec!
Gigantyczne mlecznobiałe monstrum, olbrzymia unosząca się i siejąca postrach kula o średnicy 10 metrów. Obłe cielsko przypominające napompowany do maksimum, pełen nabrzmiałych wrzodów balon. Z twardą częścią podburza i czterometrowymi chwytnymi mackami, które przypominały roślinne pędy. Jednak największą grozę budziła paszcza kreatury, której szczęki kryły się w okalających mordę fałdach skórnych. Dmuchawiec bez problemu połknąłby w całości konia, nie wspominając o człowieku. Białe zęby to rząd olbrzymich kłów, pokrzywionych, ostrych, o kształcie wydłużonych stożków — stosowanych najczęściej do rozszarpywania i rozdrabniania ofiar. To potwór, którego grubość skóry wahała się w granicach do pół metra. Choć nie była ona trudna do przebicia, problem tkwił w tym, że samo jej podziurawienie nie powodowało ran u Dmuchawca. Wszystkie narządy kryły się ą głęboko we wnętrzu kulistego ciała, oddzielone od skóry warstwą wytwarzanego w płucach gazu. Był on bardzo lekki, co pozwalało olbrzymowi unosić się w powietrzu. Obleśne wrzody to nic innego jak otwory balastowe, przez które ulatniał się nadmiar wytwarzanego gazu. Ślepia monstrum, a właściwie ich pozostałości, były słabo widoczne. Bardzo słaby wzrok Dmuchawca rekompensowały mu węch i zmysł czucia usytuowany na mackach. I z tym czymś przyszło im się zmierzyć.
Lyall bez wahania użyła czaru „Unieruchomienie”, dzięki temu pozostali  mogli zyskać na czasie. Tarlen, rozpoznając fallathańską bestię, uzmysłowił wszystkim w okolicy, że mgła jest niebezpieczna. Adria zaproponowała, że przemieni się w formę wilczą i jak najszybciej zawiadomi resztę wojowników i magów o pojawieniu się Dmuchawca. Miała też przekazać, żeby nikt nie wchodził do mgły, ponieważ Paraliżująca mgła tworzyła iluzje w umyśle przeciwnika, czyniąc go zwyczajnie bezsilnym. Taka swoista niemoc potencjalnej ofiary bardzo ułatwiała ślamazarnemu Dmuchawcowi przechwycenie i pożarcie nieszczęśnika. Niestety, Adria, która przemieniła się na oczach zaskoczonego zarządcy obozu w postać wilka, nie zdołała wykonać zadania. Dmuchawcowe opary mgielne wywołały w niej tak silną dozę strachu, że trudno było się temu przeciwstawić. Jednocześnie Lyall nie udało się prawidłowo nakreślić znaku Sigila, by móc uaktywnić czar i wywołać u bestii oczekiwany przez nią efekt Krwawienia. Całkiem możliwe, że lęk o siebie i inne osoby był w niej większy niż przypuszczała. Na szczęście jeden z magów zatrudnionych przy budowie Cudu, o imieniu Thufik, użył swej mocy dla czaru obszarowego, aby wznieść magiczną osłonę chroniącą wszystkich w jej obrębie. Niestety, nie powiodło się kolejne zaklęcie, które miało przemienić właściwość grotów strzał na wyjątkowo twarde i ostre. Strzały łuczników i kuszników też względem Dmuchawca na niewiele się zdały, podobnie jak kolejna próba jego Unieruchomienia w wydaniu Lyall. Spektakularny był za to czar magicznego pocisku, który wykonał Thufik, poważnie raniąc latającą bestię.
Na przepełnione bólem wycie Wilczycy odpowiedział Tarlen, który bez wahania, nie zważając na konsekwencje, rzucił się jej na ratunek. Jako wilkołak chroniący swoją prawdziwą tożsamość wpierw udał się za jeden z wozów, by tam się przemienić. Następnie natrafił na trop Adrii. Moment, w którym paszcza Dmuchawca rozwarła się nad tą dwójką i ich pochłonęła, rozegrał się błyskawicznie. Nie pozostało już im nic innego jak walczyć o przetrwanie. Decyzja Adrii, by we wnętrzu bestii nie przemienić się w Varulfa, który samą swoją posturą i pazurami doprowadziłby do rozerwania wnętrzności i uwolnienia, była zdumiewającą, ale miała do niej prawo. Tym bardziej, że w dalszym ciągu mogła odczuwać skutki działania mgielnych oparów. Praktycznie cały ciężar wydostania się z trzewi Dmuchawca spoczął na barkach Tarlena, który zaciekle walczył, drapał i gryzł. Adria przemieniła się z powrotem w kobietę, której z każdą upływającą sekundą groziło uduszenie. Na całe szczęście po ubiciu Mózgoroja, Bluszczowca Purpurowego, Pani Sztyletów i Pająka Olbrzymiego Bohaterowie ze wschodniej części obozu sami zorientowali się o nowym zagrożeniu. To Elfka Pharvephin dostrzegła Dmuchawca, a demonolog Arraragi posiadał wiedzę, że mgła nie była naturalnym tworem. Mag Lameth skutecznie posłał kulę pocisku, której wybuchł wywołał falę silnego podmuchu, rozpraszając mgłę. Dzieła w sposób iście spektakularny dopełniła magini Maire, która całkowicie rozwiała opary Dmuchawca. Na ten moment czekał Zastian, który wcześniej również przemienił się w formę wilka. Członkowie organizacji Equilibrium nie wiedzieli, że ich lider jest Wilkołakiem. Zastian bez lęku wskoczył na Dmuchawca i rozpoczął szaleńczy bieg po nim, przyprawiając bestię o prawdziwy zawrót głowy. W ten sposób chciał wywołać odruch wymiotny i uwolnić pożarte istoty. Nie mając świadomości o rozgrywanym we wnętrzu Dmuchawca dramacie, w stronę bestii w dalszym ciągu posyłano strzały. Pharvephin i Astrid pomogły przebić powłokę Dmuchawca, lecz o uwolnieniu z wnętrza bestii w dużej mierze zadecydował sam młody Tarlen, który przegryzł aortę przy sercu Dmuchawca, odbierając mu życie. Adria i Tarlen mieli dużo szczęścia w nieszczęściu, że nie oberwali strzałami i że sami nie wyzionęli ducha. Nie był to jednak koniec kłopotów, bo stała się rzecz niesłychana. Zjawisko niecodzienne, bowiem z Dmuchawca wydostali się nie tylko pożarci Bohaterowie, ale i młody Dmuchawiec! Nikt nie zbadał dokładnie zasad, na jakich działa samorodność Dmuchawców, choć pewnym jest, że następuje to około co 50 lat. Wszyscy byli zatem świadkami wyjątkowej chwili… i aż żal było zabijać tę bestię, jednak nie było innego wyjścia. Niesamowite silne strzały ze strony Pharvephin i Astrid oraz czar w wykonaniu Maire pozbawił życia młodego Dmuchawca. To był już koniec.
Tarlen i Zastian mieli potężne kłopoty, aby zdołać bezproblemowo i niezauważenie przemienić się z powrotem w ludzką formę. Jazon i Roy byli podejrzliwi zarówno co do tego wilka, który wydostał się z wnętrza Dmuchawca, jak i drugiego, który biegał bezpośrednio po bestii. To nie było normalne zachowanie, jednakże poza podejrzeniami i własnymi teoriami nie mieli niezbitych dowodów, że Tarlen i Zastian to Wilkołaki. Żadna rasa za wyjątkiem Wilkołaków nie wykryje drugiego Wilkołaka, ale można było mieć uzasadnione podejrzenia, że za nagle pojawiającymi się pośrodku obozu wilkami kryje się coś więcej niż zwykły przypadek. W czasie wilczej ucieczki Zastian został ranny na skutek strzału z kuszy, z ręki jednego ze strażników. Jazon, będący tego świadkiem, postanowił zebrać do buteleczki po miksturze grudkę ziemi, w którą wsiąknęły krople przelanej wilczej krwi.
Kłopoty miała także Adria, bowiem została mylnie wzięta za wiedźmę, która ma władzę nad bestiami, a nie za osobę poszkodowaną przez Dmuchawca. W ostatniej chwili udało się ją uchronić przed samosądem. Adrię ocalili Astrid, Roy, ale przede wszystkim mag Arraragi, który zorientował się w swej pomyłce i uniemożliwił przeprowadzenie próby zabójstwa przez Elfkę Pharvephin. 

Namiot medyka

Praca medyka jest służbą wymagającą wiedzy, oddania wobec pacjentów i cierpliwości. Elfka Melusynae nie znajdowała się na pierwszej linii frontu walk, nie działo się nic szumnego, burzliwego, spektakularnego... jednak nie to było najważniejsze. Istotną rolę grała jej posługa wobec chorych. Melusynae to jedna z tych osób, która robi, co do niej należy bez poklasku, sławy, uznania. Cicha bohaterka, ale jakże potrzebna. Elfka zmieniała bandaże, przemywała rany, smarowała maściami... a nawet oswajała się z widokiem zmarłych, bo nie wszystkim rannym pacjentom udawało się przeżyć. Należało też przygotować się na przyjęcie nowych poszkodowanych. Melusynae całkiem dobrze współpracowała z medykiem Lin Yu. To właśnie tutaj Adria znalazła wsparcie po tych wszystkich perypetiach, jakich doświadczyła, a medyk mógł zająć się przygotowaniem ciał poległych do przetransportowania do Ydris.

Jak tylko było to możliwe — czyli po dokonanej przez księcia Nostrot inspekcji placu budowy, miejsc, gdzie pokonano potwory, części palisady, które wymagały naprawy, i po wydaniu wytycznych zarządcy — z obozu wyruszyła karawana pięciu wozów. Na jednym przewożono ciała poległych strażników, na czterech pozostałych truchła pokonanych potworów. Książę powrócił do Ydris, natomiast na miejsce budowy Cudu przybyły nowe posiłki strażników, aby już nic nie zakłóciło prac budowlanych. Dzięki Pharvephin w ręce organizacji Equilibrium trafił osobnik rasy człowieczej, czarnowłosy i wysokiego wzrostu. Usta jego pozbawione były języka i okaleczone, bowiem ktoś mu je... zasznurował. Charakterystyczny tatuaż w kształcie litery „M” potwierdził, że złapano reprezentanta kultystów. 

Następstwa fabularne

- Poległych w walkach strażników przetransportowano do stolicy księstwa Nostrot, Ydris, w celu zapewnienia im godnego pochówku. Shen Da miał symboliczny pochówek, ponieważ jego ciało zostało pożarte przez Bluszczowca Purpurowego.
- Za wyjątkiem Astrid i Arraragiego próbę zamachu na Adrię przez elfkę Pharvephin widział bardzo dobrze mag Thufik [NPC].
- Li Zhing, namiestnik księstwa Nostrot, podziękował wszystkim najemnikom za walkę w obronie Cudu. Zapowiedział, że w dniu otwarcia Cudu Amarthijskiego odznaczy ich Orderem Męstwa.
- Książę poinformował, że wszyscy liderzy organizacji broniący Cudu w Amarth otrzymają zaproszenie do pałacu w Ydris na „Wiec”, gdzie m.in. dostaną obiecane wynagrodzenie. 
- Esnu poinformowała dowódcę straży o męstwie i dokonaniach strażnika Ding Tai. Maji Wody zrezygnowała ze swojej puli wynagrodzenia na rzecz rodzin poległych oraz strażnika Ding Tai.
- Nie licząc dowódcy straży i wartowników, to medyk Lin Yu jako pierwszy spisał spostrzeżenia na temat potworów.
- Do badań nad truchłami pokonanych potworów dopuszczono uczonych z ramienia organizacji, które brały udział w obronie Cudów. Trofea będą możliwe do przyznania dopiero wtedy, kiedy uczeni zakończą swoją pracę. Będą nimi tylko i wyłącznie kły oraz pazury.
- Bohaterowie nie odkryli zdolności rasowej Mózgoroja ze względu na to, że nie zdołał w całości przedostać się do Sferrum Fallathanu. Utknął w anomalii. Pozostaje to kwestią do odkrycia.
- Występujące w Amarth anomalie cały czas są kwestią do zbadania.
- Można podjąć próbę utworzenia pierwszego „Spisu potworów”.
- Jazon jest w posiadaniu próbki niezidentyfikowanej wilczej krwi.
- Organizacja Equilibrium jest w posiadaniu jeńca — pojmanego kultysty. Cały czas istnieje możliwość wyciągnięcia z niego informacji, lecz trzeba mieć na to sposób.

Dodatkowe informacje fabularne

- Nazwy potworów: Mózgorój, Bluszczowiec Purpurowy, Croix — Pani Sztyletów oraz Pająk Olbrzymi zaczerpnięte były z listy potworów pojawiających się na hexmapie, z hord potworów. W fabule pojawiły się po raz pierwszy.

Zakończenie budowy Cudu

Książę Li Zhing miał powód do dumy. Pomimo tylu przeciwności losu udało się dokonać wręcz niemożliwego — Wielkie Koloseum Amarthyjskie powstało zgodnie z planem, a nawet lepiej, bo naddatek materiałów, które tu dotarły, wykorzystano pod budowę potrzebnej infrastruktury. Pomyślano o solidnym trakcie, pobliskiej karczmie, wozowni i imponująco dużej stajni, aby przybywający z odległych stron Amarth podróżni mieli gdzie pomieścić swe powozy i konie. Nie zabrakło też punktu koszar, by strażnicy pilnujący obiektu mieli swoją bazę. Świętowano hucznie, a dzień 26 Festyara w księstwie Nostrot ustanowiono książęcym dekretem jako Święto Cudu. Jego sen o pozostawieniu po sobie dziedzictwa, które przetrwa wieki, właśnie się spełnił, sam zaś Cud wzmocniony magiczną wibracją stał się dobrem narodu amarthyjskiego.

Uczestnicy oraz informacje dodatkowe

Postacie graczy

Lameth [2], Zastian [7], Jazon [8],  Astrid [82], Tarlen [102], Maire [169], Esnu [259], Arraragi [350], Kiriae [588], Lyall [678], Cerris [935], Pharvephin [1094], Adria [1142], Melusynae [1257], Roy [2327]

Powiązania

- z opowieścią [FG] Cuda Świata. Wielkie Koloseum Amarthijskie

- z ogłoszeniem „Takiego wyścigu jeszcze nie było”

- z wydarzeniem: Cuda Świata epizod I

MG prowadząca Opowieść

 Dril’taera [9]

Autorka wieści

Dril’taera [9]

Korekta

Thoran [3] i Ines [1295]

 

Przeczytaj na stronie Zobacz stronę w katalogu